Image resize threshold of 10 remote images has been reached. Please use fewer remote images.

muzyka

07
lp.
2011
palikowski

Primus. Berlin. 2011. Huxley's.

Mógłbym wiele pisać o wydarzeniach tamtego popołudnia i nocy. Mógłbym ale nie napiszę. Zwyczajna rzecz - koncert, na który czekałem jakieś 15 lat w końcu się odbył i ja na nim byłem. Zazdroszczę Kapralowi, że był na Openerze i słyszał Primusa 2 razy i to były 2 różne koncerty, ale trudno, jeden to i tak balsam na moje uszy, lek na całe zło i energetyczny kop w dupę jakiego potrzebowałem.

PS. dodam, że naprawdę miło było usłyszeć Hot Head Show - warto pójść na ich koncert jeśli będą w pobliżu!

PS2. Pozdrowienia dla zacnej kompanii widocznej gdzieś niedaleko tego tekstu :)

21
gru.
2010
palikowski

Dezerter - prawo do bycia idiotą

Nowy skład Dezertera mnie bardzo zaciekawił, spodziewałem się, że będzie nieźle - bo w końcu jeden z najlepszych polskich bassmanów rockowych zasilił jeden z moich ulubionych składów. Mieszanka wybuchowa? Chyba tak.

Pierwsze okrążenie zaliczyłem pod hasłem "stary dobry Dezerter z kozacko brzmiącym basem". Drugie i kolejne tylko potwierdzały tę opinię. Dostałem to co lubię - solidne, brudne i niedopieszczone brzmienie (jak na standardy A.D.2010), wokal, który jakoś lubię i teksty, które zawsze mi się podobały z uwagi na coś więcej niż narzekanie. Zawsze też uważałem, że chłopaki nie grają na 1 kopyto i w każdym kawałku jest jakiś smaczek, tym razem również się nie zawiodłem. Numery nie są może szczytem oryginalności, ale da się tego słuchać z przyjemnością, bez znużenia i poczucia, że cały album to 11 takich samych kawałków z podmienionym tekstem.

Wielkie brawa dla załogi D, że robią swoje, że nie grają pod starych czy młodych, że nie występują w reklamach proszków do prania. Że krytykują i pokazują bezsensy cywilizacji ale nie biadolą nad swoim marnym losem. Nie nawołują do negowania wszystkiego, raczej do myślenia i dokonywania świadomych wyborów - a tego w naszych czasach jak na lekarstwo.

Trzymam za nich kciuki! :)

23
li.
2010
palikowski

Ale Bajzel

Dawno temu obejrzałem teledysk pana Bajzla pod tytułem "Windows" i od razu poczułem miętę do tych dźwięków. Na szczęście nie tylko ja i mamy na rynku dwie płyty tego człowieka-orkiestry. Ja póki co przesłuchałem "Miłośnij" i to kilkadziesiąt razy. Nawet Emilka upatrzyła sobie 2 kawałki ("tato ja chcę ała!"), które podczas jazdy każe mi ciągle puszczać.

Płyta inna niż wszystko na polskim muzycznym rynku, dla której nie ma chyba kategorii. Podobne instytucje, które robiły coś zupełnie oderwanego od "rynku", jakie mi przychodzą do głowy to Kobong, Homo Sapiens, Flapjack. Oczywiście jest to całkiem inna bajka - i bajka to bardzo dobre określenie, bo teksty i dźwięki tworzą tu jakąś krainę ze snu, do której Bajzel nas przenosi.

Strasznie się cieszę słysząc takie płyty. Dają nadzieję, że wśród setek płyt wtórnych, kiepskich, nieudanych, znajdzie się taki rodzynek i zrobi nam w głowach niezły bałagan, przepraszam, Bajzel.

30
wrz.
2010
palikowski

Turbo Lux Dziwki

Ponieważ na korpostołówce zawiesili wielki telewizor mam ostatnio częstą okazję do oglądania kanału (kanał to bardzo dobre słowo) VIVA Polska. Poziom tamtejszych produkcji zawsze mnie zadziwia - kiedy myślę że nie da się zejść niżej oni tego dokonują, z tygodnia na tydzień dostarczając mi nowych doznań, po których mogę zacytować jeden pasujący jak ulał do programów i teledysków z VIVA obrazek:

Przyznam, że jako ojciec trzyipółletniej dziewczynki mam pewne obawy co do tego, jak wpłynie na nią obecna w mediach młodzieżowych kultura, której nadałem roboczą nazwę "Kurwy górą!". Jest to estetyka wypindrzonych dziwek wyginających się w niedwuznacznych pozycjach i szokujących kolejnymi durnymi fryzurami.

Ciekaw jestem ile jeszcze takich gwiazdek zostanie wyprodukowanych w tajnych fabrykach koncernów medialnych. Albo, co chyba ważniejsze, ile % nastolatek będzie szło w ich ślady.

Z drugiej strony sam się wychowałem na MTV i za moich czasów dominowały jakieś rockowe kosmiczne pudle, grungeowe brudasy i podobne wynalazki. Jeszcze wcześniej była moda na disco, glam i tak dalej, więc od dawna muzyka i teledyski służą do psucia młodzieży - a jakoś zepsuty się nie czuję :).

Jednak mam wrażenie, że poprzednie mody były wprawkami i wersjami beta tego co dzieje się dziś albo będzie za lat 10. Telewizja muzyczna i Internet 20 lat temu nie były wcale tak łatwo dostępne dla dzieciaków - przynajmniej w PL. Dziś trwa już atak na wszystkich frontach i pytanie czy nasze dzieciaki będą w stanie się w tym połapać pozostaje dla mnie otwarte.

05
wrz.
2010
palikowski

Habana Blues

Myślę, że każdy miłośnik Kuby, Hawany, muzyki i/lub nieskomplikowanych ale chwytających za serducho filmów powinien obejrzeć ten właśnie obraz. Szczególnie że, tak jak wszystkie w serii "kino latino" na iPlex, jest on do oglądnięcia za darmoszkę.

28
kw.
2010
palikowski

Lao Che/Spięty - biję się w piersi :)

Lat temu parę żona próbowała mnie zachęcić do mało mi znanej kapeli Lao Che. Po przesłuchaniu kilku minut materiału z oryginalnej kasety (!) "Gusła" stwierdziłem że to nie moja bajka.

Dziś również nie trawię tej płyty (choć w Trójce kilka kawałków z tej płyty brzmi o niebo lepiej), ale przez nią niepotrzebnie zraziłem się do całej kapeli. Teraz powoli odkrywam, że popełniłem wielki błąd.

Powiem wprost - obecnie nie znam (co nie znaczy że takiej nie ma) lepszej polskiej "zaangażowanej" i oryginalnej ekipy na scenie. Są co prawda naprawdę niezłe Strachy na Lachy, jest wracający do formy Kult, jest Pogodno z ich równie karkołomnymi tekstami ale Lao Che według mnie oferuje obecnie najfajniejszy mix wszystkich elementów:
- świetny wokal Spiętego,
- bardzo klimatyczne, różnorodne aranżacje,
- szeroki asortyment używanych instrumentów,
- teksty odrealnione, dowcipne, czasem poetyckie, czasem mocne ale nie przekraczające pewnego poziomu wulgarności, i ogólnie "trzymające poziom" przynajmniej tak dobry jak w Pogodno,
- teksty przemycają sporo życiowej prawdy bez moralizowania,
- póki co każda płyta jest w innym klimacie, a w ramach danej płyty poszczególne są też bardzo różnorodne,

Wszystkie powyższe plusiki sprawiają, że z wymienionych kapel Lao Che słucha mi się najlepiej.

Z konkretnych płyt szczególnie lubię:
- wspomniany koncert w Trójce (Lao Che - RADIO), z przekrojowym materiałem z płyt Gusła, Gospel i Powstanie Warszawskie. Od tej płyty zacząłem na nowo odkrywać Lao Che.
- płytę Gospel (rewelacyjne prawie wszystkie numery, szczególnie Zbawiciel Diesel, Czarne Kowboje),
- solową płytę Spiętego Antyszanty (mógłby ją spokojnie wydać z Lao Che),

Mniej trafia do mnie Powstanie Warszawskie, choć momentami ciary po plecach chodzą i bardzo dobrze, że taka płyta powstała. Nadal nie trawię Guseł. Ekipa wydała chyba jeszcze inne płyty, ale tu jestem (jeszcze) ignorantem i nie potrafię nic o nich powiedzieć.

PS. W nagrodę, że nawróciłem się na właściwą drogę żona kupiła mi DVD z koncertu na Przystanku Woodstock 2008 - też polecam.

24
kw.
2010
palik

mp3 wczoraj i dziś

Jakieś 15 lat temu odpaliłem swojego świeżutkiego Windows 95 na mocarnym Pentium 180 ze 128MB RAM i z drżeniem serca wpisałem ppp/ppp w pola użytkownik i hasło połączenia modemowego na numer 0202122.

Ówczesna usługa TP, wdzwaniany dostęp do internetu z każdego telefonu w Polsce, była przez długi czas jedynym sensownym ogólnodostępnym sposobem na dostanie się do zasobów globalnej sieci.

Oszałamiająca prędkość 56kbps na której łączył się modem, pozwoliła mi na ściągnięcie piosenki "Creep" zespołu Radiohead, w formie wav (mp3 nie było wtedy zbyt rozpowszechnione) w niecałą godzinę. Liczyłem impulsy telefoniczne i kosztowała mnie ta piosenka jakieś 5 czy 10 złotych wtedy, nie pamiętam dokładnie.

Dziś przeciętne łącze w domu jest tak szybkie (albo już niedługo będzie), że nie opłaca się wstawać po płytę leżącą na półce. Prościej kliknąć po nią na jedną z setek stron z torrentami i ściągnąć na dysk.

Jeśli ktoś powie, że to żadna rewolucja - niech poczeka następne 15 lat. Zdziwi się.

06
lt.
2010
palikowski

Them Crooked Vultures - łup w łeb

TCV i ich debiut zagościli w moim samochodowym radiosidiplejerze jakieś 2 miesiące temu. Płyta, słuchana na zmianę z elasticą, arctic monkeys i foo fighters, poleciała w drodze z pracy i do pracy jakieś 30 razy a może i więcej. Zakochałem się w niej jakoś tak po dziesiątym przesłuchaniu, ale miłość to niełatwa.

Nie jest to materiał na hit do eski. Nie puszczę tego żonie na romantycznej kolacji. Czasem nawet mam tej płyty dość, może za często jej słucham, a nie zawsze potrzebuję takich właśnie dźwięków - niełatwych w odbiorze. Jednak kiedy leci coś innego, często nie wytrzymuję braku Vulturesów i klikam next, next, next, aż popłyną nuty pierwszego numeru...

No One Loves Me & Neither Do I (tu legalnie można posłuchać) odkręcony na głośność do granicy bólu najzwyczajniej w świecie wbija mnie w fotel, wgniata w ucho swoje dźwięki, rozwałkowuje mózg i zostawia z niego sieczkę. Na dzisiejsze (niskie) standardy prezentowane przez większość kapel to powinny być ze 2 albo 3 kawałki, ale te różne pod względem rytmu, brzmienia, ekspresji i dramatyzmu etapy tej piosenki, tak mistrzowsko połączone w jeden numer świadczą o klasie zespołu. Po tych 5 minutach jestem już spacyfikowany i kolejne wciągam jak narkoman - ścieżka za ścieżką. Co prawda żaden numer nie powoduje już takiej euforii jak pierwszy (potrafię przy nim nieźle odlecieć), ale trzymają poziom naprawdę nieprzeciętny.

Jeśli chodzi o poziom - trudno żeby było inaczej. Zespół tworzą trzej giganci ciężkiego rocka - basista Led Zeppelin, pałkarz Nirvany, wokalista i gitarzysta Queens of the Stone Age - wystarczy? Panowie pasują do siebie doskonale i tworzą równie smakowite dźwięki - mieszankę starego i nowego grania, bez oglądania się na młodych, bez kłaniania się w pas starym, robią swoją muzykę.

Mówiąc krótko - jest pierdolnięcie.

Czuć tu jakąś szczerość, radość grania, pomysł na swoje brzmienie. Bardzo to miłe w zalewie identycznych kapel produkowanych masowo na potrzeby MTV2 czy innego koncernu. Słychać więc gęste gitary, histeryczny wokal, genialnie masywną sekcję rytmiczną. Kawałki są oryginalne ale znajdziemy tu brzmienia czy nawiązania do klasyki gatunku - na przykład jeden numer jest zaśpiewany niemal całkowicie w stylu The Cream.

Podsumowując - płyta trochę z innego czasu, niedzisiejsza, ale jednocześnie pokazująca, że ciężkie rockowe granie nadal może czymś zaskoczyć, dać ogromna frajdę słuchaczom i twórcom. Oby nie skończyło się na jednorazowym wystrzale - czekam na kolejne dowody ich talentu.

29
st.
2010
palikowski

Elastica - miłe zaskoczenie po latach

Lepszy rydz niż nic jak to mawiają, więc dziś notka o tym czego (między innymi) ostatnio słucham jadąc do pracy. Jak się domyślacie po tytule - będzie o kapeli Elastica.

Czasem warto odświeżyć sobie pamięć. Sentyment do dosłownie jednej piosenki, którą kojarzę sprzed lat, skłonił mnie do zapoznania się z twórczością kapeli. Okazało się że nagrali raptem 2 płyty (Elastica, wydane w 1995, oraz Menace, wydane w 2000), po czym malowniczo się rozpadli.

Obie płytki słucham już któryś raz i nie nudzą się wcale tak szybko jak na britpop przystało. Co więcej, wydawnictwo Elastica - Radio One Sessions, z 2003 roku, które również sobie zapuszczam, zawiera kilka nie wydanych nigdzie wcześniej numerów, a dodatkowo (z uwagi na inny skład oraz nagranie na żywo) brzmi o wiele ciekawiej niż studyjne płyty.

Dla mnie Elastica to przykład miłego odkrycia, że kapela, którą lat temu naście znałem z jednego kawałka (po prostu nie do zapomnienia jest ten jęk w numerze Line Up) nagrała całkiem sporo hiciorów, które do dziś cieszą melodią, pomysłem, surowym brzmieniem, lekkim punkowo-britpopowym klimatem.

Jeśli miałbym porównywać do czegoś co znam to powiedziałbym że trochę w tym Blur (w końcu gitarzystka i liderka Justine Frischmann była jakiś czas w związku z liderem Blur, niejakim Albarnem), trochę The Clash, No Means No, Fugazi, Nirvany, trochę słyszę takiego grania w dzisiejszych nagraniach CSS, Yeay Yeah Yeahs, Cool Kids of Death, podobnie swego czasu grała Republica i pewnie masa innych kapel (Elastica była zresztą oskarżana o podkradanie melodii innym kapelom, ale co tam :) ).

Siłą Elastiki jest moim zdaniem to, że kawałki nie są podobne do siebie, prawie zawsze zawierają jakiś fajny riff, zagrywkę, melodię, czy złamany rytm. Większość ma w sobie lekkość i pomysł - czasem jest to chórek, innym razem prawie dyskotekowy rytm, jednak podany w cięższym sosie, ale zdarzają się także ścieżki nieco rockowo-transowe, toczące się powoli jak walec drogowy, a nawet jakieś próby balladowe. Co najlepsze każdy kawałek spokojnie mógłby być hitem radiowym, a jednocześnie miłośnicy autentycznej i szczerej muzyki powinni być jak najbardziej zaspokojeni.

Brzmienie instrumentów jest surowe i w większości są to mocno (ale nie przesadnie) przesterowane gitary, podlane drobnymi elektronicznymi przeszkadzajkami. Sekcja gra fajne rytmy a bas często słychać jako że gra na granicy przesterowania - często też słychać charakterystyczny (mniamm) dźwięk palców jadących po strunach basówki czy gitary.

Bardzo też podoba mi się głos wokalistki - taki nieco znudzony, czasem nostalgiczny, niespieszny, a czasem trochę krzykliwy i histeryczny. Przypomina trochę wokal Courtney Love z kapeli Hole albo wokal z CSS.

Polecam zatem wszystkim, szczególnie tę radiową kompilację z 2003 roku, gdzie zespół słychać na żywca i czuć w tych nagraniach 'to coś'.

02
li.
2009
palikowski

Ratunku, nowy Hey!

Po przeczytaniu wywiadu z Kasią Nosowską ucieszyłem się - nowy Hey zapowiadał się smakowicie. Płytka wylądowała szybko w samochodowym odtwarzaczu i towarzyszyła mi przez ostatnie kilkanaście dni. Co przygotowała dla nas ekipa ze Szczecina?

Tak naprawdę po tym jak 15 razy przesłuchałem ten album nadal mam mieszane uczucia. Grubą kreską odcięli się od czasów gitarowego, rockowego grania z jakiego są znani. Nowy materiał będzie kompletnym zaskoczeniem dla kogoś kto kupi ten album nie czytając wcześniej żadnych recenzji czy zapowiedzi. Chyba że kupował albumy Kasi - wtedy poczuje się jak w domu. To właśnie uznaję za minus - płyta mogłaby spokojnie być wydana jako kolejna solowa płyta, ponieważ brzmi bardzo podobnie do UniSexBlues. Trudno powiedzieć skąd taki krok, jednak dla mnie jest to zmiana na gorsze - wolałem mieć wybór między brudnym i ostrym Heyem a elektroniczną i mniej rockową Nosowską.

Sam album, pomijając powyższe zarzuty, jest nierówny. Teraz puszczam go dla pierwszego, moim zdaniem genialnego numeru - Vanitas. Wyróżnia się na tle reszty płyty - z jakiegoś powodu wywołuje u mnie ciarki :) i generuje ogromny apetyt na więcej takich, przy okazji świetnie otwierając album.

Następne kawałki to już coraz to kolejne (drobne, ale zawsze) rozczarowania. Podobieństwo do UniSexBlues to jedno, ale zbyt wyraźne i dosłowne są dla mnie zapożyczenia z twórczości takich grup jak Radiohead, Air, Massive Attack. Brzmi to średnio przekonywająco i mało oryginalnie. Mistrzostwo świata to kawałek dziewiąty, w którym wokal (i co gorsza po części tekst) przypomina (o zgrozo!) dokonania Beaty Kozidrak.

Subskrybuj zawartość